Ja już kiedyś wspomniałem, że jak się uda zablokować ACTA, to wymyślą coś kolejnego, i tak dalej? No, to myliłem się. ACTA jeszcze nie zablokowane, a już:
» Nowa ACTA? Dyrektywa dot. ataków na systemy informatyczne — Niebezpiecznik.pl –.
za pomocą » Nowa ACTA? Dyrektywa dot. ataków na systemy informatyczne — Niebezpiecznik.pl –.
Brawo dla posła Godsona
Reakcja posła Godsona na tekst o “waszym Murzynku” tak daleko odbiega od zwyczajowych reakcji polskich polityków i w ogóle osób publicznych, że określenie “jesteśmy sto lat za Murzynami” okazuje się zupełnie adekwatne. Brawo dla tego pana, przywraca wiarę w człowieka.
Kliknij w obrazek, zagłosuj na demota, niech poseł Godson wyląduje na głównej.
Kto nie wie o co chodzi – poseł Godson, zapytany, czy ten tekst go uraża:
odpowiedział ze miechem, że to “taka pierdołka”, a poseł Suski po prostu musi jeszcze nabrać ogłady.
Nasi to by od razu się strasznie obrazili i zrobili halo na całą Polskę – vide posłanka Grodzka dzień później.
Europoseł Marek Migalski szczerze w swoim blogu o tym, jak się w demokracji głosuje:
90% posłów nie wie o 90% głosowań, czyli demokracja udawana
Ad ACTA
Skoro hałas się podniósł o prawa autorskie, to w końcu ktoś o nich napisał przytomnie. Poniższe jest zerżnięte od Abnegata, link do oryginału poniżej. Ewentualne komentarze proponuję pisać pod oryginalnym postem Abnegata.
ACTA. Straszliwe słowo-klucz, niosące zagrożenie wolności, swobód i czego tam jeszcze. Mające chronić biednych twórców przed złodziejstwem wszelkiej maści.
Muszę przyznać, że mechanizm sprzedawania i dystrybucji dóbr kulturalnych zawsze zadziwiał mnie niepomiernie. W każdym zawodzie – poczynając od konserwatorów powierzchni płaskich na profesorach filozofii kończąc – płaca należy się za pracę. To dlaczegóż to artyści maja być uprzywilejowani?
Cud Boski, że wszystkie te pazerne organizacje ochrony nieszczęsnego artysty nie istniały wcześniej. Musielibyśmy płacić za wypożyczanie książek w czytelni, bilety do filharmonii kosztowały by majątek – bo nie tylko musiała by zapłacić orkiestrze, ale jeszcze doliczać do tego tantiemy dla twórcy. Toż Mozart za napisanie dzieła dostawał kasę od Cesarza raz jedyny – i tyle. Potem wystawiano jego dzieła ku chwale ojczyzny. Bo pracę wykonał – i za to wynagrodzenie dostał.
Ale teraz jest inaczej – teraz mamy komputer. On się zawsze pomyli przy dodawaniu.
Nie pojmuje za jasnego skurwysyna, dlaczegóż to artysta ma sobie wykonać pracę raz – a płacone mieć przez najbliższe pięćdziesiąt lat. Gdyby to przenieść na płaszczyznę anestezjologii, każdy pacjent, którego znieczuliłem a który przeżył, powinien mi do końca życia płacić za to jedynie – a raczej aż za to – że żyje!
Taksówkarz dowiózł nas bez wypadku – płacimy mu przez dwadzieścia pięć lat, żeby broń Boże nie upadł i nie zbankrutował, bo jak tak się stanie – to któż nas szczęśliwie do domu w przyszłości przywiezie? Toż niepłacenie tantiemów doprowadzi do załamania rynku usług transportowych, utracie setek miejsc pracy, nie mówiąc o moralnej naszej odpowiedzialności za okradanie biedaka!
Coś się panom artystom pojebało, mówiąc oględnie, w głowie. Doprowadzili do tego, że nie wolno w sklepie radio włączyć, bo ZAIKS przeforsował sobie ustawę o ochronie wartości intelektualnej.
O jakiej, do kurwy nędzy, wartości my mówimy? Wartość intelektualną to może mieć Dolina Issy – bo jak słyszę żal-bal, nóż-kurz – to wartości rymują mi się z nudności.
Kolejny ciekawy paradoks – idziemy do kina, płacąc dziesiątki złotych nie za przedstawienie – ale za prawa autorskie. Które są tam jakąś niebanalną częścią ceny owegoż biletu. A przynajmniej tak każe nam wierzyć system dystrybucji dóbr intelektualnych. No to – skoro zapłaciłem już raz artyście za wykonaną pracę, kupując bilet do kina – dlaczego, chcąc kupić DVD z tym samym filmem, płacę za te same prawa po raz wtóry?
Na szczęście mamy internet. A nim zbóki, twitery i co tam jeszcze. Które, jak pokazał przykład Muzułmańskiej Wiosny, potrafią być zabójczym instrumentem.
Bo co zrobią panowie artyści, gdy powiemy im, ze mamy dosyć? Ot, na próbę zwołamy grupę kilkuset milionów kwurwionych, którzy w lutym nie kupią nic. Literalnie nic – ani jednego CD, ani jednej płyty DVD. Nie pójdziemy do kina. Będziemy pić wódkę i oglądać Discovery Chanel. Co zrobicie, panowie artyści, gdy wasza publiczność, mając wrażenie, ż e ktoś ją próbuje wydymać bez mydła, pewnego pięknego dnia nie kupi nic? Mało tego, nawet nie spojrzy na darmówki w sieci?
Artysta powinien być wynagradzany za pracę – tak jak każdy inny obywatel. Za pracę na koncertach, w studio, nawet za czas zwany górnolotnie praca twórczą, czyli przygotowywanie się do występu. Choć jak pragnę rodzić, nikt mi nigdy nie płacił za czytanie książek medycznych.
Skąd wziął się pomysł pobierania pieniędzy za obraz waszej pracy? Płyta to koszt nośnika i dystrybucji. Można go kupić i mieć w domu – jak książkę – albo można sobie pożyczyć za darmo z wypożyczalni. Bo to nie jest żadna praca – tylko jej obraz.
Kolejne dobre pytanie – dlaczegóż to śmierdzącą szynkę mogę odnieść do sklepu i zażądać, słusznie zresztą, zwrotu kasy – a z CD, które zawiera kompletny szajs, zrobić tego nie mogę? Kojarzycie taki zespól, US3? Nagrał płytkę, bodajże Hand On The Torch. Na której to zamieścił doskonały utwór Flip Fantasia. Usłyszałem w radio i zapałałem chęcią kupienia płyty. Na szczęście, korzystając z maluśkiej furteczki, którą pozostawił ZAIKS, przesłuchałem sobie tęże płytkę u mojego przyjaciela. Okazało się, że reszta utworów jest oględnie mówiąc, nieciekawa. I płytki nie mam…
Płyty, tracki w sieci – to materiały, które w najlepszym wypadku można podciągnąć pod reklamę pracy twórczej. One zachęca do przyjścia na koncert – za który każdy chętnie zapłaci, wiedząc, jaka muzykę gracie. I to jest właśnie płaca – za pracę.
ACTA - jak to właściwie wygląda
Reblogged from Teukros's Blog:
Pewnie mało kogo, kto w miarę regularnie śledzi co dzieje się w sieci, ominęła dyskusja o ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), międzynarodowej umowie dotyczącej przeciwdziałania naruszeniom własności intelektualnej, do której ma przystąpić także i Polska. Jak to często w tego rodzaju przypadkach bywa, sam tekst umowy okazał się słabo dostępny; owszem, materiałów promujących ten czy inny punkt widzenia na ową umowę było pod dostatkiem, przyznam jednak że wolałem osobiście zapoznać się z tekstem.

